Tu zaglądają:

środa, 22 maja 2013

Nadine kontra chaos - 1 tydzień

Kiedy zmieniałyśmy mieszkanie, liczyłam na to, że wraz ze zmianą lokum moje życie nie tyle co się zmieni, ale  przynajmniej nauczę się utrzymywać porządek, bo w końcu znalazło się miejsce  na trzymanie wszystkich moich rzeczy.
Niestety, minęły już dwa miesiące odkąd mieszkamy w nowym mieszkaniu, a ja ciągle mam puste wieszaki w szafie, bo jeszcze nie zdążyłam niczego uprasować, kosmetyki upchane pod łóżkiem i - jak to się mówi - niezły burdel. Moje poranne wstawanie miało wiele do życzenia, moje odżywianie też nie było szczytem marzeń i ogólnie rzecz biorąc wszystko wymknęło się z pod kontroli.
Nie, żebym kiedykolwiek miała nad swoim życiem pełną kontrolę, ale przynajmniej miałam wyprasowane ciuchy.

Rozumiecie o co mi chodzi? Zapuściłam się konkretnie.




Postanowiłam wziąć się w garść i zawalczyć o porządek w moim życiu - całym. Nie tylko o równo ułożone buty pod szafą, ale i o porządek w mojej głowie. Przez kolejne tygodnie (a ciężko stwierdzić po ilu zorientuję się, że już wszystko jest w normie) będę wrzucać relację na bieżąco z tego, jak idzie mi OGARNIANIE.

Chcę wprowadzić kilka zmian na tle:
PORZĄDEK - czyli porządek w otoczeniu
BUDŻET - wypadałoby w końcu zapanować nad finansami
FITNESS - czyli codzienna porcja ruchu
DIETA - nie jako restrykcyjna dieta, ale sposób odżywiania, który wykluczy wszelkie spożywane zło i zastąpi je zdrowym żarciem
PANOWANIE NAD CZASEM - czyli wszystko to, co ma usprawnić zarządzanie sobą w czasie
DLA MNIE - kategoria przyjemności, bo takie też powinny mieć miejsce, jeśli nie chcę zwariować przed ukończeniem studiów. 
I zamierzam co tydzień zrobić chociaż niewielki krok do przodu.

Dzisiaj jest środa, więc dla pewności, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, zgłaszam się ponownie za półtora tygodnia.
Mój cel? Zapanować nad swoim życiem





W tym tygodniu chcę:

  1. Z kategorii porządek - posprzątać w portfelu. Słuchajcie, od czegoś trzeba zacząć. Portfel to jedna tych rzeczy, które uwielbiam. Gdybym tylko mogła to co tydzień miałabym nowy. Wielkie, z milionem przegródek i kieszonek i moje oczy zmieniają kształt na serduszka. Odkąd zbieram rachunki mam straszny burdel w tym miejscu, więc najwyższy czas się za niego zabrać. 
  2. Kategoria budżet. Długo zastanawiałam się nad tym od czego zacząć. Nie wiem co się dzieje z moimi pieniędzmi. Kiedyś, żeby zorientować się na co tak naprawdę idą mi marne studenckie pieniądze - wszystkie rachunki rozpisywałam na kartce papieru i w każdym miesiącu podliczałam co i za ile kupiłam. (Możecie być zdziwieni, ale na prowadzenie wyszła kategoria ksero, a potem dzielnie trzymały się kosmetyki). Potem wielkie pudełko trzymane pod łóżkiem wyrzuciłam do śmieci. Potrzebowałam czegoś... mniej inwazyjnego. Przez przypadek udało mi się naprawić telefon (nie uwierzycie, wystarczyło go wyłączyć...) i w poszukiwaniu aplikacji z rozkładem krakowskiego mpk natknęłam się na kilka takich, które pomagają trzymać budżet w ryzach. Pomyślałam, że to świetny pomysł - dlatego w tym tygodniu wpisuję każdy najmniejszy wydatek i wpływ do telefonu i... zobaczymy co z tego wyjdzie. 
  3. Fitness - z doświadczenia wiem, że godzina nudnych ćwiczeń działa na mnie zniechęcająco, dlatego postanowiłam wprowadzić kilka zmian do codzienności, których nie odczuję jako wykańczającego treningu, ale w efekcie coś-tam mi dadzą. Jako, że mieszkamy na piątym piętrze, totalnie zapomniałam o tym, że w bloku mamy schody. Zawsze pakowałam się do windy, nawet jak trzeba było czekać na nią kilka minut. Postanowiłam używać schodów za każdym razem jak wychodzę z mieszkania i wracam do domu. Myślicie, że to mała zmiana? Kilka razy dziennie piąte piętro w dwie strony to już COŚ. 
  4. W diecie chciałabym się skupić w tym tygodniu na... porządnych śniadaniach do pracy. Skończyło się wskakiwanie do sklepu po rogalika i baton w locie. Wróciła butelka wody, jogurt i duża kanapka z pełnoziarnistego pieczywa z jeszcze większą ilością warzyw. 
  5. Panując nad czasem, muszę skupić się na liście celów. Kiedyś wieczorami spisywałam wszystko to, co chcę zrobić kolejnego dnia i w jakiś sposób to faktycznie działało. Teraz trochę się opuściłam i tylko czasem spisuje główne zadania, a przecież nie o to chodzi. Chcę wrócić do robienia wieczornych list z celami na kolejny dzień, żeby móc je z dziką przyjemnością wykreślać. Do tego celu znowu będę używać telefonu - ostatnio odnajduje w nim całkiem fajne funkcje,  na przykład tworzenie notatek z możliwością odfajkowywania.  
  6. Jeśli chodzi o przyjemności, to niestety mam za dużo zaległości, żeby wprowadzić regularnie jakąś rzecz w tym tygodniu, ale fajnie będzie, jeśli znajdę w czasie weekendu czas, żeby upiec pizzę. 
Pozostaje mi tylko życzyć sobie powodzenia. 
Ktoś ma ochotę dołączyć do akcji: Ja-kontra-chaos? Koniecznie dajcie znać! 




poniedziałek, 20 maja 2013

Zapytaj Nadine!

Zanim ruszę na dobre z moim planem działania na Ogarnięcie-Się (plan jeszcze nie ma właściwej nazwy ale jako, że ma na celu doprowadzenie mnie do porządku to roboczo zwie się tak, a nie inaczej) w którym zamierzam poruszyć niebo i ziemię walcząc z prokrastynacją, nieporządkiem i wiecznym narzekaniem, chyba powinnam Wam się wytłumaczyć.

Och, nie, to nie tak, że znowu coś Wam wiszę (chociaż ciągle mam dla Was zaległy Live - właśnie szturchnęłam Joey i powiedziałam, że w przyszłym tygodniu to choćbyśmy miały usiąść przed kamerą o 3 nad ranem to i tak to zrobimy). Po prostu siedzę tu już tak długo, że... może chcielibyście mnie o coś zapytać?
Chętnie odpowiem na każde pytanie, które zamieścicie pod tym postem... tworząc osobnego posta.




To co? Przysięgam, będę mówić prawdę, prawdę i tylko prawdę. 


sobota, 18 maja 2013

Żelazne postanowienie poprawy - zarządzanie czasem

Odkąd stwierdziłam, że potrzebuję pracy, praktyk, licencjatu, sesji i życia towarzyskiego jednocześnie, zdarza mi się jeść przez cały dzień kanapki z dżemem z owoców leśnych, albo chodzić w pomiętych ciuchach. Ewentualnie w takich, które średnio do siebie pasują, ale jeszcze wiszą na wieszaku w stanie nietkniętym. Z dwojga złego - nie wiem co jest gorsze.

Nie mam nawet mikrosekundy na to, żeby zastanowić się nad tym czym pomaluję paznokcie. Problem rozwiązał się sam - nie mam czasu ich malować. Nie mam też czasu ułożyć włosów, zrobić pełnego makijażu  ani na spokojnie wypić kawy. Jestem wiecznie spóźniona i zalegam z oddaniem tekstów. Jeśli mam ustalony pewien próg rzeczy do zrobienia na ten dzień w pracy, to nawet się nie zastanawiam nad tym czy przypadkiem go nie przekroczyć. Robię niezbędne minimum a i tak jestem daleko w tyle.




I to nie jest tak, że wzięłam na siebie za dużo (chociaż wszyscy dookoła mówią mi, że przegięłam z ilością obowiązków jakie na siebie zrzuciłam, i PW i Joey i Annie). Jasne, zdarza się, że po 23 siedzę wypompowana z kubkiem herbaty między kolanami i nie wiem co do mnie mówią aż tu nagle w mojej głowie pojawia się myśl, że coś jeszcze muszę zrobić, na już, na teraz, jeśli nie na wczoraj i dawaaaaaj! do roboty. Oczywiście mogłabym to wszystko zrzucić na chroniczne zmęczenie i całą resztę rzeczy (jestem za młoda, jestem niedoświadczona, bla, bla, bla...) ale wiem, że problemem jestem ja sama, a nie kurcząca się z dnia na dzień doba.

Nie umiem zarządzać czasem.
Wcale. Jestem w tym beznadziejna prawie tak samo jak w przeliczaniu kosztu długu, obliczaniu rachunku kosztów i gramatyce angielskiej.
I dodatkowo mam wszędzie burdel - zaczynając od torebki, a na pokoju kończąc.

Chcecie dowodów? Proszę bardzo.
W mojej szafce z ubraniami można się zgubić. Chowając tam głowę automatycznie skazujesz się na wieczne potępienie. Jestem przekonana, że nie jedna osoba napotkałabym trudności z wyplątaniem się z tego bałaganu.
Na komputerze nawet nie bardzo wiem co mam. W telefonie to samo. Nie mam czasu. Ja naprawdę nie mam czasu. Wszędzie wkradł mi się nieporządek, wszędzie mam zaległości i kiedy przychodzi czas na sen, to mam ochotę przypadkiem walnąć głową w ścianę i zapaść w śpiączkę, żeby się w końcu zregenerować.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś napisałam. To znaczy, jasne, cały czas coś pisze: albo jest to blog, albo  licencjat abo teksty, ale nie ma to nic wspólnego z tym co naprawdę chciałabym napisać. Minął już okres, w którym jestem literacko bezpłodna i  po kilku miesiącach od  ukończeni jednej książki mam niesamowitą chęć na napisanie czegoś nowego. W głowie mam już wszystko, obmyślam szczegóły przed pierwszym chrapnięciem i jeszcze rano, jak robię śniadanie.



Dlatego postanowiłam  coś zmienić. Muszę zaprowadzić porządek w swoim otoczeniu, pozbyć się niektórych nawyków i wprowadzić zupełnie nowe, które pozwolą mi wycisnąć więcej z każdego dnia. Ostatnio czytając bloga Krufkowej i Żelikowskiej dostałam gigantycznego kopa energetycznego. Postanowiłam stworzyć swój własny plan pracy nad sobą.

Pewnie gdyby nie to, że właśnie piszę do Was z Końca Świata, a Pan Wysoki siedzi na łóżku na przeciwko mnie (od pół roku Pan Wysoki za każdym razem jeździ ze mną do domu chociaż jest Krakusem i niespecjalnie mu po drodze. Niestety polubił Koniec Świata i moją rodzinę tak bardzo, że nawet ciężko mi wyłapać czy przyjeżdża tu dla nich czy dla mnie) i jutro mamy Komunię mojego Chrześniaka, to pewnie wzięłabym się za to od teraz, a tak to... Spodziewajcie się pierwszych wyzwań po niedzieli.

Udanego weekendu, wszystkim!
Nadine
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...